FANDOM


Ostatnia Posługa Edytuj

Adam Klarowicz


Ksiądz Marek spędzał wszystkie piątkowe popołudnia w ciemnościach konfesjonału kościoła pod wezwaniem Św. Jadwigi w Białaszewie. Dzisiejszy wieczór był bardzo zwyczajny, wypełniony cichymi rozmowami, wyznaniami, grzechami i rozgrzeszeniami. Miejscowi ludzie lubili go i darzyli szacunkiem, mimo iż był młodszy od większości wiernych, a w dodatku przyjechał tu z daleka, z metropolii gnieźnieńskiej, oddelegowany przez samego arcybiskupa na miejsce poprzedniego proboszcza, ojca Dominika, po którym ślad zaginął w czasie rosyjskiej obławy antypartyzanckiej. Zjednał ich swoim spokojnym i łagodnym usposobieniem, zrozumieniem dla ludzkich słabości i problemów, tym że wolał nauczać i pomagać niż ferować srogie pokuty. Był aktywny i uczynny, lecz nie narzucał się nikomu. Kilka miesięcy po swoim przyjeździe uratował życie rolnikowi rannemu w czasie ataku helikopterów okupanta na pobliskie Sulewo, a miejscowi odkryli jeszcze jedną jego zaletę - był całkiem niezłym lekarzem. Nie chirurgiem, ale znał się na udzielaniu pierwszej pomocy, nastawianiu kości, tamowaniu krwotoków. Był księdzem który nie wahał się zakasać rękawów sutanny, gdy sytuacja wymagała zdecydowanego działania.


- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków - odpowiedział wyrwany z zadumy ksiądz Marek i spojrzał przez drewnianą kratkę na skrytego w półmroku wiernego, prawdopodobnie już ostatniego dzisiejszego wieczora.
- Ostatni raz spowiadałem się blisko rok temu - powiedział nieznany mu mężczyzna. Ksiądz wiedział, że znaczyło to: „Czy ten konfesjonał jest czysty?".
- To dość dawno, mój synu. Ale nie złamałeś tym przykazań kościelnych. Wyznaj swoje grzechy - „Konfesjonał jest czysty, ale bywa obserwowany". W ten sposób duchowny dawał rozmówcy ostrzeżenie. Mógł mówić swobodnie, ale po wyjściu z kościoła powinien mieć się na baczności.
Mężczyzna pokiwał głową i spojrzał na księdza badawczo, w półmroku nienaturalnie błyszczały jego oczy.
- Mój dowódca umiera. Chce rozgrzeszenia przed śmiercią. Zaprowadzę cię do niego.
- Nie powinienem opuszczać plebanii. Nie dzisiaj.
- To Stokrotka. Znasz go przecież.
- Znam. Ale nie mogę...
- Bez dyskusji - głos rozmówcy stwardniał, a on sam pochylił twarz jeszcze bliżej kratki oddzielającej go od księdza. Markowi wydawało się że mroczna postać siedząca obok niego jakby urosła, spotężniała - Pójdziesz ze mną zaraz. Ojcze.
Ksiądz skinął głową. Lepiej nie drażnić partyzantów. Darzyli go szacunkiem, lecz było wśród nich wielu wariatów.
- Dobrze. Wyjdź z kościoła i pójdź do pubu Wrońskiego. Ja będę tam za jakieś dziesięć minut. Wyjdziemy razem, nie powinno to nikogo zdziwić. Jeśli będzie nas ktoś śledził to znaczy że i tak coś podejrzewał i nadmierna ostrożność nic nie da.
- Dobra, dobra - ton głosu partyzanta sugerował irytację. Prowincjonalny księżulo miałby go uczyć konspiracji? Wstawał już do wyjścia gdy proboszcz odezwał się ponownie.
- Nie chcesz rozgrzeszenia?
- Mnie i tak już nic nie pomoże - w twardym głosie mężczyzny zadrgały nutki wisielczego humoru. Wyszedł z konfesjonału, odgłos jego kroków oddalił się w kierunku drzwi kościoła.
- Może i nie pomoże - powiedział do siebie ksiądz Marek składając modlitewnik - ale i nie zaszkodzi.


Pub Wrońskiego był zapyziałą dziurą, produktem wojennych czasów które od lat zmieniały obraz byłej Rzeczypospolitej. Niski, bardziej wkopany w ziemię niż na niej zbudowany, miał ściany obłożone z zewnątrz potrójną warstwą worków z piaskiem, wąskie okna przypominające strzelnice i dach z kilku arkuszy blachy falistej, zasypanych grubą na metr warstwą ziemi. W ciągu kilku lat porosła ona trawą, krzaczkami, nawet drobnymi drzewkami, pub zaś upodobnił się do prymitywnego, polowego bunkra, który byłby niemal niewidoczny z powietrza gdyby nie kilka kolorowych lampek wiszących na gałęziach rosnącej na dachu brzózki. Był to obiekt cywilny, odwiedzany od czasu do czasu zarówno przez partyzanckie, jak i rosyjskie patrole, lecz jego właściciel dbał o bezpieczeństwo klientów. Stąd te worki z piaskiem, gruby, zamaskowany dach, i wygląd półziemianki. Nie raz już przypadkowe serie z karabinów maszynowych omiotły jego ściany nie czyniąc nikomu krzywdy. Kiedyś wytrzymał nawet bezpośrednie trafienie moździerzowym pociskiem, i choć remont trwał potem tydzień, nikomu z gości siedzących wewnątrz w czasie ataku nic się nie stało. To właśnie było główną przyczyną jego popularności - nie bimber, który i tak wszyscy w okolicy pędzili, lecz fakt że można tu było się spotkać ze znajomymi i zabawić w warunkach względnego bezpieczeństwa.
Ksiądz Marek wszedł do środka po stopniach wyłożonych kamiennymi płytami. Nigdy nie spytał o ich pochodzenie, mimo iż domyślał się że zabrano je z pobliskiego, prawosławnego cmentarza, bardzo starego, jeszcze z carskich czasów. Wolał udawać, że niczego nie zauważa, co robił bardzo często i czemu w dużej części zawdzięczał sympatię mieszkańców. Schylił głowę pod masywną belką i wyprostował się w ciasnym, zadymionym, ciemnym pomieszczeniu, słysząc że gwar powoli cichnie w miarę jak ludzie dostrzegali jego obecność. Rozległo się kilka pozdrowień, na które odpowiadał uśmiechem i uprzejmym skinieniem głowy, po czym podszedł do baru, za którym stał właściciel, szpetny krasnolud z papierosem w zębach nalewający wódkę do szeregu poobtłukiwanych szklanek. Dostrzegłszy księdza wyjął zmiętoszonego peta z ust i rzekł ochrypłym głosem:

- Pochwalony.
- Na wieki wieków - ksiądz oparł łokcie o kontuar i spojrzał w oczy Wrońskiego, zaskakująco bystre i cwane w zestawieniu z prymitywną, tępą twarzą.
- Napije się ksiądz wina?
- Chętnie - Wroński nie tylko pędził bimber, umiał też robić wino z wiśni, jabłek, z czegokolwiek, choć oczywiście wolał zajmować się produkcją mocniejszych, popularniejszych w okolicy trunków.
- Nie było ostatnio problemów?
- Iii tam! - krasnolud machnął ręką i podał księdzu szklankę wypełnioną przezroczystym płynem o żółtawej barwie - To z ryżu, dobrze wyszło. Co do ruskich, to chcieli haracz podwyższyć, i Bóg jeden wie, czy nie podwyższą. Jutro z nimi pogadam.
- Ciężkie czasy.
W tej samej chwili ksiądz poczuł nacisk ciężkiej dłoni na ramieniu. Od razu domyślił się że to partyzant, zanim jeszcze usłyszał ponury głos mówiący:
- Chodźmy.
- E, Paproch! Może daj księdzu w spokoju wypić wino - Wroński był wyraźnie zgorszony.
- Nie ma czasu - ton partyzanta był zimny, podobnie jak stalowoszare oczy i cała twarz o surowych, twardych rysach.
- Tak, chodźmy - ksiądz Marek skinął głową barmanowi i obaj wyszli na zewnątrz.
Przeszli przez błoto przed pubem po chodniku z rzuconych niedbale płyt pilśniowych i dotarli do drogi. Partyzant szedł przodem, prowadził na południe, w stronę Klimaszewnicy. Maszerując w milczeniu, przeszli przez brudną, zapyziałą wieś i skręcili w ścieżkę prowadzącą w stronę podmokłych, nadbiebrzańskich lasów. Koślawe domki, o dachach i ścianach gęsto podziurawionych przestrzelinami, rozpłynęły się za nimi w ciemnościach.
- Ktoś za nami idzie - mruknął ksiądz Marek gdy schodzili z głównej drogi.
- Wiem - partyzant obrzucił go spojrzeniem w którym błysnęło coś na kształt uznania - Dwóch mężczyzn, jeden śledził nas od Białaszewa, drugi dołączył do niego w Klimaszewnicy. Ruscy szpiedzy albo kolaboranci. Jeśli szpiedzy, to mogą być bardzo niebezpieczni, dobrze uzbrojeni, wyszkoleni i owszczepieni. Jeśli kolaboranci, to pewnie jakieś miejscowe łachy. Ale raczej nie, tutaj takim ciężko.
- Prawda - ksiądz Marek pokiwał głową.
W ostatnim roku czterech kolaborantów nabito na pale pod Szczuczynem. Sam im udzielał rozgrzeszenia, a potem patrzył jak miejscowi nawlekają ich na zaostrzone pnie przy pomocy starego, charczącego ciągnika. To był najbardziej makabryczny widok w jego życiu.
- Co zrobisz? - zapytał Paprocha po chwili milczenia.
- Nic. Zgubią się i wrócą do domu. A przynajmniej spróbują wrócić.
- Jeśli to agenci to mogą mieć kilka asów w rękawie. Termowizja, GPS w głowie...
- To im niewiele pomoże. Nie myśl o nich.
- Dobra.

Szli przez podmokły las przez blisko godzinę. Od chwili zagłębienia się pomiędzy drzewa ksiądz ani razu nie dostrzegł już śledzących ich mężczyzn, z drugiej jednak strony trudno mu było cokolwiek zobaczyć w ciemnościach i utrzymywał równowagę tylko dzięki wspieraniu się na ramieniu partyzanta. Paproch nie miał kłopotów z orientacją, co już wiele o nim mówiło. „Ciekawe co jeszcze w sobie ukrywasz, poza sztucznymi oczami" pomyślał duchowny. Cieszył się że ma takiego przewodnika. Tutejsze lasy nie miały dobrej sławy, a im dalej na północ i zachód tym było gorzej. Naprawdę źle robiło się za Szczuczynem, tam już mało kto mieszkał, chyba tylko szaleńcy. Jego ojciec często opowiadał o czasach, gdy jako młody chłopak żeglował ze znajomymi po czystych wodach mazurskich jezior. Gdy słuchał tych opowieści, zdawało mu się iż była to niegdyś cudna, pełna naturalnego piękna i spokoju kraina, istne lekarstwo dla duszy. Teraz wśród czarnych, splugawionych wód i skażonych toksyczną magią lasów szalało zło, na myśl o którym włosy się jeżyły na głowie. Istne piekło...

W butach księdza chlupotała woda, a mimo ciepłej kurtki zdążył już zdrowo przemarznąć zanim dotarli na miejsce. W pewnej chwili partyzant zatrzymał się, pochylił i podniósł drewnianą klapę, pokrytą warstwą ziemi i liści, popychając lekko księdza w stronę niewidocznego w ciemnościach otworu. Ojciec Marek zszedł po omacku, licząc w myślach stopnie. Po dwudziestym dotarł do korytarza, który zakręcał po pięciu metrach pod kątem prostym w prawo, a potem jeszcze raz, w lewo. W ciemnościach przed nim pojawiła się pionowa, czerwona linia, rozszerzając się w prostokąt, w miarę jak drzwi otwierały się ukazując jego oczom spore pomieszczenie. U stropu, wspartego kilkoma drewnianymi filarami, wisiały dwie lampki rzucające na zgromadzonych tam ludzi czerwone światło. Pod ścianami stały jakieś skrzynki, karabiny, manierki z wodą. W ścianie naprzeciw drzwi była wnęka, a w niej palenisko, przy którym partyzanci suszyli przemoczone ubrania. Obok, na wielkim śpiworze, leżał ogromny, masywny troll, którego potężna, naga pierś i muskularny brzuch pokryte były opatrunkami. Na widok księdza partyzanci, zarośnięte, ponure typy, pozdejmowali czapki i rozstąpili się by dać mu dostęp do leżącego. Ksiądz podszedł i usiadł na skrzynce z amunicją, patrząc w przekrwione oczy rannego.

- Witaj, Stokrotka.
- Witaj, ojczulku - głos trolla był dudniący, donośny mimo osłabienia i bólu w klatce piersiowej - Cieszę się że zdążyłeś. Umieram.
- Słyszałem. Ale trudno mi w to uwierzyć. Myślałem że przeżyjesz wszystko.
- Uwierz. W szpitalu, z bankiem narządów, może miałbym szansę. Ale nie tutaj. Wątroba, te sprawy...
Ksiądz pokiwał głową.
- Rajd się udał?
Wredny uśmiech wykrzywił twarz rannego.
- Owszem. Zmów pacierz za dusze siedemnastu białoruskich strzelców.
- Zrobię to. I ty też powinieneś. Jeśli chcesz rozgrzeszenia, żałuj za grzechy.
Stokrotka przymknął oczy.
- To trudne, ojcze. Zwłaszcza dla mnie.
- Wiem - ksiądz Marek pokiwał głową - wiem.

Stokrotka umarł czterdzieści minut później, gdy przestały działać tandetne wszczepy podtrzymujące wątły płomyk życia w jego potężnym, zmasakrowanym ciele. Ksiądz usiadł przy ogniu w milczeniu, gdy partyzanci nakrywali ciało dowódcy kocami. Troll był żywą legendą wschodniego pogranicza, weteranem powstań i wojen zreżimem, bezlitosnym zabójcą i wiernym przyjacielem. Któregoś razu oddział złożony z Rosjan i kolaborantów wymordował wszystkich mieszkańców jego rodzinnej wsi, w tym większość przyjaciół i krewnych Stokrotki. Cóż, wet za wet. Jeśli wierzyć opowieściom o tym szalonym bojowniku, jego przydomek wziął się od liczby zabitych nieprzyjaciół.
„Kiedyż skończy się ta straszna, okrutna wojna?" - myślał ksiądz Marek wpatrując się w płomienie.
- Czy to bezpieczne? - zapytał jednego z partyzantów wskazując gestem rozżarzone węgle.
- Ta - burknął tamten, oliwiąc zamek karabinu.
- Przewód kominowy jest długi i dobrze zamaskowany - inny partyzant był bardziej rozmowny, a jego dykcja i słownictwo sugerowały wyjątkowe, jak na tę okolicę, wykształcenie - Przechodzi przez pień starego dębu, ma system chłodzenia spalin i filtry powietrza. Nie wykryją nas czujniki podczerwieni. Psy mogłyby może wywęszyć, ale i to mało prawdopodobne. Rosjanie nie używają już psów. Za wiele ich ginęło.
„A poza tym macie tu szamana, i to, jak słyszałem dobrego. Gdyby nie to ruscy już by z was zrobili sieczkę" - ksiądz zapatrzył się w dogasające płomienie.

Ksiądz Marek wrócił na plebanię w sobotę, wczesnym rankiem. Był przemarznięty, przemoczony i zmęczony. W drodze powrotnej Paproch prowadził przez trzęsawisko, które miało bardzo złą sławę. W opowieściach miejscowych roiło się tam od topielic, błędniaków, nocnic i zmor. Duchowny domyślał się co naprawdę tam mieszkało, dlatego bał się jeszcze bardziej niż okoliczni mieszkańcy.
Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i wreszcie mógł położyć się spać. Buty obmył dokładnie w rowie zanim wszedł do wsi, żeby uniknąć pytań o to co robił w lesie w nocy. Nie chciał kłopotów ze strony jakichś rosyjskich służbistów. Teraz ściągnął je z ulgą ze zmęczonych nóg, cisnął w kąt i zamarł słysząc pukanie do drzwi. „Ki diabeł?" - pomyślał wieszając kurtkę na haczyku. Podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer. Ujrzał mężczyznę w średnim wieku, o pospolitej, zmęczonej twarzy, ubranego w nijakie, szare łachy. Otworzył drzwi.

- Niech będzie pochwalony - nieznajomy zdjął brudną czapkę z głowy.
- Na wieki wieków. Czym mogę służyć? - zapytał ksiądz uważnie obserwując twarz mężczyzny.
- Mam taki problem... Jestem Zygmunt Madej, z Niećkowa. Wpuści mnie ksiądz?
Duchowny patrzył mu w oczy przez dłuższą chwilę.
- Udzielałem rozgrzeszenia partyzantowi. Umarł cztery godziny temu, w lesie. Nie wiem jak tam trafić, nie widziałem drogi w ciemnościach. Niczego mi nie przekazał ani ja niczego mu nie przekazałem. Jeśli to wszystkie odpowiedzi na trapiące pana pytania to chciałbym się położyć spać.
- Brawo - odpowiedział nieznajomy uśmiechając się łagodnie, choć w jego oczach nie było śladu wesołości - Jest ksiądz bardzo spostrzegawczy.
Pchnął duchownego i wszedł za nim do środka zamykając drzwi. Spokojnie przeszukał księdza, kładąc na stół wydobyte z jego kieszeni dokumenty, portfel, różaniec i pęk kluczy. Następnie zapalił papierosa i spojrzał beznamiętnie na duchownego, wydmuchując dym.
- Szybko mnie ksiądz zdemaskował. Jak?
- Znam się na ludziach.
- Czyżby? Zaraz zobaczymy.
Mężczyzna zamilkł i zajął się paleniem.
- Czekamy na coś? - zapytał młody proboszcz.
- Owszem. Na pana bandyckiego kolegę, który właśnie chyłkiem przeskakuje płot na tyłach plebanii. Teraz skrada się do domu, idzie wzdłuż ściany... O! Oto i on.

Ksiądz usłyszał skrzypienie otwierających się tylnych drzwi, chaotyczny tupot dwóch par nóg, i do pokoju wszedł Paproch, krwawiący z rozbitych ust i nosa, za nim zaś potężnie zbudowany ork z pistoletem w dłoni.
- Ksiądz współpracujący z bandytami. Mieliśmy na ciebie oko od dawna, ojczulku - człowiek palący papierosa kiwnął głową, na co ork powalił Paprocha na ziemię potężnym ciosem pięści.
- Za chwilkę porozmawiamy o bandytach, ich kryjówkach i planach, o sympatyzujących z nimi miejscowych, o dostawach broni zTrójmiasta. O wszystkim.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi, po raz drugi tego poranka.
- Duży ruch dzisiaj u mnie - mruknął ksiądz Marek, uśmiechając się blado mimo ogarniającego go strachu.
W dłoni Rosjanina pojawił się pistolet z tłumikiem, ork odciągnął Paprocha na bok, by nie był widoczny od strony drzwi i przyczaił się przy oknie.
- Otwórz drzwi. Ostrożnie, powoli. Wproś tego kogoś do środka kimkolwiek jest i pamiętaj że mam cię na muszce - mruknął rosyjski agent i przyczaił się za framugą. Ksiądz otworzył i zdumiał się na widok młodego duchownego, spod którego czarnej kurtki sięgającej pasa wystawała długa do kostek sutanna.
- Ksiądz Marek? - Zapytał przybyły podając mu dłoń - jestem diakon Szczepan, z Zakonu św...
- Wiem, wiem! - przerwał proboszcz, ściskając podaną mu dłoń i modląc się by agenci nie usłyszeli w jego głosie niczego poza zrozumiałym w tej sytuacji zdenerwowaniem.
- Proszę, proszę wejść - odsunął się na bok, zapraszając gościa do środka.
Diakon, młody, szczupły blondyn, patrzył na niego z zaskoczeniem lecz przekroczył próg, sztywniejąc gdy jego karku dotknął zimny wylot lufy rosyjskiego pistoletu.
- Spokojnie, księżulku. zdejmuj kurtkę i zapraszam do pokoju.
Po chwili cała piątka - dwóch Rosjan, dwóch duchownych i nieprzytomny partyzant, znajdowała się w obszernym pokoju.
- Coś ty za jeden? - zapytał agent celując w brzuch jasnowłosego diakona.
- To brat z Zakonu św. Augustyna - odpowiedział za niego ksiądz Marek, otrzymując za to od orka cios otwartą dłonią w głowę, od którego zaszkliły mu się oczy.
- Zapytam jeszcze raz. Coś ty za jeden?
- Diakon Szczepan, Zakon św. Augustyna. A wy?
- Nie twoja rzecz. Jesteś jakiś dziwny, nie kłamiesz czasem?
- Jesteście rosyjskimi agentami?
- Odpowiadaj.
- Dobrze.

Ksiądz Marek rzucił się na podłogę gdy tylko się zaczęło. Strzał, wrzask, znowu kilka strzałów, chrupnięcie łamanej kości i nagła cisza, przerywana jedynie chrapliwym rzężeniem rannego agenta. Duchowny wstał chwiejnie i rozejrzał się po pokoju. Ork leżał pod ścianą z rozerwanym gardłem. Jego prawa dłoń, odcięta gładko niczym brzytwą, leżała na stole nadal zaciskając palce na rękojeści pistoletu. Drugi agent leżał przy wejściu do pokoju, oddychając przez dwie krwawe dziury w klatce piersiowej, z których przy każdym wydechu wyciekała czerwona piana.

- Hospodi... - wyszeptał - Umieram chyba.
Po jego pobladłej twarzy przemknął trwożliwy, niepewny uśmiech.
- Może teraz mi powiesz, coś ty za jeden? - zapytał cicho.
Jedyną odpowiedzią był błysk noża. Charczenie umilkło. Jasnowłosy diakon zamknął zabitemu oczy i przeżegnał ciało, po czym wyprostował się i spojrzał na dygoczącego proboszcza.
- Może jeszcze raz - zakonnik wytarł nóż, schował do rękawa i wyciągnął rękę do proboszcza - diakon Szczepan z archidiecezji częstochowskiej, zakon św. Sylwestra.
Ksiądz Marek uścisnął dłoń uśmiechając się z wysiłkiem. „Egzekutor Kościoła" - pomyślał - „w życiu nie przypuszczałem że kiedykolwiek zobaczę któregoś w działaniu".
- Przyjechałem ze względu na ostatni raport proboszcza na temat ekspansji toksycznej magii w tym regionie. Sam arcybiskup był zaniepokojony, wysłał mnie tu natychmiast po jego przeczytaniu. Przybyłem najszybciej jak tylko mogłem.
Młody proboszcz skinął głową.
- Nie mogłeś wybrać lepszej chwili.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki