Fandom

Shadowrun Wiki

Hero 2 Rent

4119stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Dyskusja0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Hero 2 Rent Edytuj

toc

Jest rok 2005. Edytuj

Piszę opowiadanie dziejące się za 50 lat, gdzieś, w innym świecie, w innej rzeczywistości.

Oto bohater. Kim jest? Shadowrunnerem. Ulicznym samurajem. Człowiekiem "po zęby" wyposażonym w cybernetyczne implanty. Chromowane protezy rąk skrywają dwie skrócone strzelby, kaliber 12, załadowane grubym śrutem. Seria z tej broni z krótkiej odległości może zmieść mały samochód. Między kośćmi śródręcza mieszczą się trzy 15 centymetrowe, teleskopowe, wysuwane szpony. Kości przedramienia skrywają długie, wykonane z tytanu i powlekane cienką warstwą diamentu szpikulce, które, gdy je się wysunie, wychodzą przez łokieć, by zagłębić się w ciele przeciwnika, który zakradł się od tyłu. Reszta ciała - to siatka skórna - mieszanka najnowszych komponentów chemicznych, kevlaru, tytanu i wszystko, co może składać się na najlepszą zbroję wplecioną w ciało, jaką wymyśli nasza cywilizacja. Centralny układ nerwowy zmodyfikowano tak, że nasz bohater potrafi złapać kubek, który opuści, zanim ten spadnie na ziemię. Zawsze. Oczy... Wszelkie wzmacniacze obrazu, termografia, kompensacja błysków (ma opcję zmniejszania dochodzącego światła - to dlatego, że nie może nosić okularów. O tym później). Do tego dalmierz, wyświetlacz na siatkówce, kamera z kilkoma programami, pomagającymi w obróbce obrazu i nagrywaniu. Oczywiście w słuch zmodyfikowano tak by nagrywać wszystko, co wpadnie w ucho naszego bohatera. A wpada sporo - odbiera dźwięki na każdej częstotliwości, ma oczywiście wzmocniony słuch, może wyłączyć dźwięki otoczenia - młot pneumatyczny już mu niestraszny, a jednocześnie może posłuchać, co w trawie piszczy. Albo narady przeciwników po drugiej stronie ciemnej alei. Dla przeciętnego człowieka nie wygląda na maszynę do zabijania. Wprawdzie przechodnie dziwnie patrzą na jego wystające z prawego oczodołu ISPO-złącze (wprawdzie mógłby je ukryć, ale nie chciał), które zamienia strzelanie w grę komputerową. I odwracają wzrok, gdy spojrzy na nich drugim okiem - cybernetycznym - który ma wygląd chromowanej kuli. Jakie to uczucie, gdy patrzymy w taką twarz? To jakby patrzeć z bliska na kogoś z bielmem na oczach. Nic przyjemnego. I oto chodzi. Oczywiste wszczepy nasz bohater nosi po to, by zniechęcić członków gangów, którzy chcieliby go zaczepić. Do tych widoczny modyfikacji dochodzą jeszcze metalowe ręce, na które wystarczy spojrzeć, by wiedzieć, że ten człowiek dysponuje nadludzkim uściskiem, i lewym prostym o sile uderzenia pociągu. No, i jeszcze powleczone srebrem kły, które odsłania tylko wtedy, gdy uśmiecha się przed walką. Jego ciuchy nie odbiegały od najnowszych trendów na ulicach Seattle. Zazwyczaj ubrany w bojówki, T shirt i kamizelkę kuloodporną wzmacnianą tytanowymi płytami. W kieszeniach kule do shotguna i zgrzewka trzech prezerwatyw. Bezpieczeństwo ponad wszystko.

Biografia. Edytuj

Wbrew pozorom, kiedy się urodził, nic nie wskazywało na to, że kilkadziesiąt lat później będzie bardziej przypominał maszynę, niż człowieka. Biedna rodzina, blokowisko gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu. Jego ojciec nie był silny, i jacyś włamywacze zabili tatę, mamę, i jego młodszą siostrzyczkę. Bieda i dzieci sąsiadów, nauczyły go, że na ulicy, żeby przetrwać, trzeba być silnym. Trafił do gangu. Stąd pierwsze modyfikacje - metalowe pazury, wymiana oczu na "kocie"... Nie zna życia poza ulicami miasta. Tylko tutaj jest u siebie, tylko tutaj potrafił sobie wywalczyć niszę. A ponieważ od małego miał tylko jedną możliwość zarobku - jako bandyta będący częścią gangu - przystosował się. Gang go wychował i wyedukował. Po jakimś czasem dorwał fuchę, najpierw jedną, potem kolejne. Tutaj dowalić jakiemuś dłużnikowi, tam przenieść paczkę przez dzielnicę z której gangi uczyniły sobie strzelnicę. Zaczął dobrze zarabiać za krótkie "robótki". Ale ryzyko, i przeciwnicy było większe niż podczas wymuszania haraczy od sklepikarza na rogu lub podczas kradzieży samochodów. Stąd kolejne ulepszenia. Kiedyś drzwi do jednej z kryjówek okazały się jedną wielką bombą... Ból pamiętał do dziś. Wtedy zamienił postrzępione kikuty rąk na cybernetyczne ręce prosto z Chiba City. I pamięć o tym bólu kazała zebrać mu pieniądze na pancerz, który teraz zastępował mu skórę... Był niezły w lawirowaniu wśród niebezpieczeństw, jakie dostarczały mroki miasta. Dostrzeżono go. Kilku najemników nawiązało z nim współpracę - najpierw tylko ich ubezpieczał, teraz, kiedy szli na akcję, to on szedł z przodu... Nazywa się Sam. Samurai Sam.

PIEKŁO Edytuj

Biegł przez Piekło. Ta najgorsza z dzielnic Los Angeles była tak niebezpieczna, że sąsiadujące z nią śródmieście, pełne bogaczy i studiów symstymu zostało otoczone murem. Kiedy przyjechał tu z Seattle, powitał go napis "Porzućcie nadzieję, Wy, którzy tu Wchodzicie". Najpierw się śmiał z tego, że tutejsi dresiarze to jacyś inteligenci - w Barrens niewiele osób pisało na murach cytaty z "Boskiej Komedii". Ale kiedy spędził tutaj więcej czasu, pożałował tego miejsca i uznał, że jeśli jakieś miejsce w Szóstym Świecie przypomina Piekło, to chyba właśnie to. Tubylcy przemykali wzdłuż ścian zrujnowanych slumsów. Odgłosy strzelaniny były tu tak naturalne, jak śpiew ptaków w lesie. Często przyglądał się mieszkańcom piekła. Wychudzeni, przygarbieni, o szarych twarzach i niezdrowej cerze. Kiedy gdzieś w pobliżu słychać było terkot broni maszynowej nie odwracali się w tamtą stronę - ale pochyleni uciekali w przeciwnym kierunku. Już prawie sto lat tak tutaj jest. Najpierw murzyni i ich Czarne Pantery, później wojny narkotykowe, fala meksykańskich emigrantów i tak oto powstała strefa wojny w jednym z największych miast na świecie. W jednym z najpiękniejszych miejsc Ameryki Północnej. A teraz to miejsce wydawało się zapomniane przez Boga i ludzi. Nad dzielnicą wciąż unosiła się łuna z pożarów, które wybuchały wciąż w nowych miejscach, i których nikt nie gasił. Zatęsknił za Seattle. Gdy kilka bloków dalej zaczęła się kanonada, zaczął sprint do najbliższej kamienicy.

Już ponad miesiąc byli na gościnnych występach w LA. Chodziło o porwanie jednego z najlepszego z producentów i scenarzystów z branży symstymu. Był już znużony pracą dla Mitsuhamy, a japończycy nie chcieli wypuścić z rąk kury znoszącej złote jaja. Ten koleś stał za sukcesem "smoka takiego jak my" - paradokumencie o Dunkelzahnie. Film był wielkim hitem. Pokazywał prezentera show "Wyrm talk" od bardziej prywatnej strony. Ekipa była na planie programu - publiczność w studiu podpięto do symstymu, by każdy mógł się przekonać, jak wielki jest smok, jak pachnie. Jedno z dzieci, też podpięte do symsymowej nagrywarki, nawet pogładziło smoka po łuskach - ludzie oszaleli na punkcie tego filmu. Za projektem stał Vincent Rogers - i właśnie jego mieli uwolnić runnerzy z Seattle. Wszystko poszło dobrze. Rogers poszedł na obiad do luksusowej restauracji. Poszedł do łazienki - tam ekipa szybko zmieniła jego wygląd - sztuczna broda, inne ciuchy, naturalne - żeby magowie w astralu nie wykryli przebieranki. Spokojny spacer na zaplecze. Przejście przez kuchnię. Szybko do vana Grupy. Rigger WOLNO przejechał przez centrum - przecież nie chcieli zwracać na siebie uwagi - i szybko na wschód, w stronę Krzemowej Doliny. 5 kilometrów od LA zatrzymali się. Kiedy przez radio wywołali specjalnym hasłem Johnsona, na nocnym niebie zamrugało czerwone światełko pozycyjne samolotu. To był Osprey - świetna, dwusilnikowa maszyna. Taki pasażerski odpowiednik Harriera. Ten typ maszyn mógł lądować praktycznie wszędzie: pod tym względem bardzo przypominał śmigłowce. Samolot, gdy podleciał nad autostradę, zaczął zmieniać pozycję silników. Śmigła nie były skierowane na przód samolotu, ale teraz kierowały się ku górze. Zaczął się manewr lądowania. Kiedy samolot osiadł na asfalcie, Otworzyły się drzwi . Wnętrze samolotu było luksusowe - a w drzwiach stanął Johnson. Najwyraźniej jego korporacja chciała pokazać Rogersowi, na jak bajeczne warunki może liczyć u nowego pracodawcy. Zabawne - część runnerów właśnie dlatego zeszła w cienie - mieli już dosyć korporacyjnego więzienia o złotych kratach. Johnson przedstawił się Rogersowi, uścisk dłoni, kilka frazesów (witamy w korporacji blabla... Zapewniam, że nasza firma docenia Pana indywidualność blabla... A może mówmy sobie po imieniu... Vincent - masz już pomysł na nowy film? Może mógłbyś mi o nim opowiedzieć?). Johnson zaprosił Rogersa do samolotu i teraz "zaliczał" gadkę z runnerami: "Współpraca z panami była przyjemnością blabla. Liczę na to, że będziemy mieli okazję jeszcze razem pracować dla dobra mojej Firmy". Sam Samurai ledwo powstrzymywałem ziewanie. Ile razy słyszał ten tekst od kolesi z jego konkurencji? Heh. Może są jakiejś "Ponadkorporacyjne Standardowe Gadki Do Tych Śmieci Shadowrunnerów". Takie typy irytują mieszkańców cieni, tacy jak on nienawidzą runnerów - ale ponieważ wszyscy są zawodowcami, wszystko opakowane było w sztywne uśmieszki i potrząsanie rękoma (Sam modlił się o to, by mimowolnie nie wysunęły mi się szpony. Gdy potem powiedział to później reszcie ekipy, wszyscy pokładali się ze śmiechu). Pan J. szybko potwierdził przelew na konto Grupy w Pierwszym Banku Królestwa Hawajów, runnerzy szybko sprawdzili czy to nie ściema. Wszystko było OK. Atmosfera zelżała. Szaman zaoferował "darmową konsultację astralną" (Sam: "WTF?"), Johnson obiecał zwiększenie zaliczki ("połowa teraz, połowa po robocie"). I powiedział, żeby mu mówić George... Samowi przypomniała się wtedy impreza u ruskiej mafii, na której, po kilku wódkach, rosyjscy mafiosi wieszali się wszystkim na szyjach i chcieli się ze wszystkimi całować (po policzkach, w usta. Sam musiał wtedy pierwszy raz pójść do psychoanalityka...). Na szczęście George nie miał takich zapędów. Pożegnał się, runnerzy też i Osprey odleciał, a Grupa wróciła do swojej kryjówki w Piekle.

Rok 2005. Pamiętacie scenę z filmu "Helikopter w ogniu", gdy nagle całe miasto ruszyło?

PIERWSZA BRAMA Edytuj

"Jeezu..." - pomyślał Sam - "ale kanał..." Dwa dni temu sfinalizowali transakcję. Postanowili poczekać tydzień, aż MCT przestanie szukać Rogersa. Plan był taki - pić piwo, oglądać pornosy na kablówce, i opchnąć trefnego vana runnerom, za kasę kupić jakiś środek transportu, którym przemkną przez dwie, trzy granice, zanim wrócą do domu. Może po drodze załapią jakąś ekstra robotę? Runnerzy są potrzebni nie tylko w Seattle i mieście Aniołów... Jednak, kiedy raz wkroczy się do Piekła, nie tak łatwo jest je opuścić. Problemy zaczęły się po dwóch dniach pocisk z moździerza trafił w ich kryjówkę. Dobra wiadomość - nikt nie zginął. Zła wiadomość - garaż i van szlag trafił. Na szczęście nawet jeśli uszczkną trochę kasy z wypłaty, to wciąż będą kilkanaście tysięcy na plusie... Później zaczął się Amok. Tak to później nazwali w Tridi. Piekło eksplodowało w straszliwych zamieszkach. Bezdomni zaatakowali magazyny z żarciem lokalnego Universal Brotherhood. Siedziba sekty wybuchła. Nikt z ubranych w brązowe mundury bractwa pracowników sekty nie wyszedł z miejsca eksplozji. Z setki żebraków, która wkroczyła do oktagonu Bractwa nikt nie przeżył. Ale to nie byli jedyni głodni ludzie w okolicy. W tych zmordowanych ludziach coś się przełamało. Zrobili to, co robili zawsze - wyszli na ulicę palić, niszczyć, grabić, gwałcić. Kilkusetosobowe grupy poruszały się bez żadnego konkretnego celu, niszcząc byle jakie domostwa swoich sąsiadów ze slumsów. No i crittersy - nie chodzi o te futrzaste potworki z dwudziestowiecznego, starego filmu - ale o koszmar, jaki z niektórych zwierząt uczynił powrót magii. Te... Istoty kryły się też w miastach. Teraz wyszły by powiększyć chaos. Na ulicy pojawiła się plotka o zombi napakowanych wszczepami, które wyglądają jak ludzie i wyjadają mózgi.

Właśnie wtedy Sam stał się zwierzyną. Jego widoczne wszczepy - oczy i ręce wystające spod T-shirtu - zamiast odstraszać tubylców, działały na nich, jak płachta na byka. Najpierw zaatakował lokalny gang, któremu płacili za ochronę - wiedzieli, że Sam jest runnerem - pewnie chcieli zabić Grupę, zgarnąć ich kasę, a resztki Sama sprzedać na części jakiemuś lokalnemu cyberrzeźnikowi. Chociaż gang podszedł ich z zaskoczenia (nawet zapukali do drzwi), to Grupa z łatwością odparła atak. Honda został ranny, ale szaman go uleczył. Ale to był dopiero początek - gang nasłał na ich melinę tłum bezdomnych. Tłum - rozumiecie? Setki osób, dziesiątkami podchodzącymi pod kryjówkę Grupy. Po trzecim ataku Samowi skończyła się amunicję. Kłak - Szaman Wilka od rzucania czaru za czarem, miał już migrenę tysiąclecia. Dosłownie słaniał się na nogach, a z jego nosa ciekła strużka krwi. Rigger wcześniej wymontował ręczny karabin maszynowy Valiant ze szczątków vana i zdołał się jakoś podpiąć do karabinu, ale właśnie zużywał ostatni taśmę z amunicją. ICy cOOl - decker Grupy, kombinował wsparcie - nieskutecznie. Później ICy wpadł na pomysł, że włamie się poprzez telekom do satelity, a stamtąd do centrali policji w LA, by wysłać tutaj patrole policji. Efekt? Od godziny był w śpiączce - Gliniarze w mieście aniołów nie lubili jak ktoś im grzebie w komputerkach. Jedyne, co mogli zrobić dla deckera, to włożyć go do komory stabilizacyjnej, licząc na to, że uszkodzenia mózgu nie są nieodwracalne. Sam czekał, aż Honda wywali ostatnią serię. Kiedy zamek Ingrama zatrzeszczał głucho, a taśma wypadła z RKMu, Sam wstał. Szczegóły i podział ról ustalili wcześniej, po drugim ataku. Kłak bez słowa oddał swojego Manhuntera Samowi. Honda wyjął Manhuntera i zdjął z niego tłumik. Sam miał za pasem Berettę nieprzytomnego deckera. Sam miał iść z przodu i oczyszczać teren. Półprzytomny szaman miał ciągnąć kabinę z nieprzytomnym ICym. Rigger miał mu pomagać i zabić każdego, kto starałby się ich zajść od tyłu. Na szczęście decker, przed swoim zejściem ściągnął im satelitarny plan okolicy - wiedzieli, w którym kierunku iść, by nie wpaść w kolejny wir zamieszek i jak się wyrwać z płonącego piekła. Bliżej mieli na przedmieścia, niż do centrum. Siedem przecznic. Siedem przecznic do wolności.

Zmierzchało Edytuj

Tłumek szykował się do kolejnego uderzenia .Ponieważ runnerzy przestali strzelać, bezdomni i gangsterzy stali się bezczelni - stali sto metrów dalej, przy płonącej beczce i naradzali się, jak podejść runnerów. Honda wrócił do ruin garażu. Przytaszczył dwie opony. Sam uniósł brew. - Ocipiałeś? - Podpalę opony, rzuć je jak najdalej. My widzimy w dymie, a oni nie. - A dzisiaj jest pełnia księżyca - dodał szaman. - podczas pełni świry wychodzą na ulicę - uśmiechnął się zmęczony. Przetarł ręką pot z czoła. - Kłak, na pewno dasz radę iść - Honda był zatroskany. Sam, chociaż uśmiechał się szpetnie, jak zawsze, gdy czekała go perspektywa walki, to w duchu też martwił się o ich czarodzieja. Szaman był zawsze bardzo lojalny w stosunku do nich. Leczył ich, narażał się na ból związany z rzucaniem czarów, byle ich chronić. Penetrował niebezpieczną przestrzeń astralną, by dokonać zwiadu. Gdyby Sam miał za kogoś zginąć, to właśnie za Kłaka. - OK - Sam skinął głową. Dobry pomysł. Skoro mogli wykorzystać swoje wyposażenie i umiejętności w walce z liczniejszym przeciwnikiem, to on by za. - podpalaj. Po pięciu minutach, wejście zasnuwał już gęsty dym. Druga opona poleciała dalej. Było słychać kroki. Bezdomni i gangsterzy pewnie pomyśleli, że to świetna okazja do ataku. Zwęszyli krew. - Hond, licz do stu. Jak nie wrócę, wiesz co robić. - Wiedział. Nie było innego wyjścia. Rigger rozwali *sześciu bezdomnych, a następnie ICy-ego i siebie. Lepsze to niż dać się rozerwać na strzępy. Kłak zamrugał. - Sam, będę cię ubezpieczał. - usiadł po turecku i jego głowa opadła na piersi. Objawiła im się eteryczna postać - to szaman pokazał im się w przestrzeni astralnej - chociaż jego ciuchy wyglądały lepiej, a jego postać przypominała wilkołaka w ciuchach od Armaniego, to widać było, że szaman nie jest w najlepszej formie. - Jeśli ci się nie uda, to już nie wrócę do swojego ciała. Za sześć godzin umrę -Usłyszeli jego głos, choć nie ruszał ustami ("cholerna magia" pomyślał Sam). Sam chciał złapać za rękę Kłaka, powstrzymać go przed mówieniem takich rzeczy, ale Kłak tylko przejechał eterycznymi rękoma po ramionach samuraja - Sam, nic nie mów. Wiem, co czujesz. I Sam wiedział, że szaman zdawał sobie sprawę, jak czuję się teraz samuraj, i rigger. Honda skinął głową w kierunku Sama. - OK. Do roboty, panowie. Honda... - Sam złapał przedramię riggera, jak podczas powitania. - zajebiście było z Tobą pracować. Bądź rozsądny - może nie będzie trzeba z nimi walczyć. Próbuj negocjować. Uśmiechnął się w wymuszony sposób. Kłak astralnie już zakradł się do wrogów, i wiedzieli, że to gangsterzy ciągną za sznurki. I że nie wypuszczą stąd żadnego z członków Grupy. Gdyby któryś z runnerów ocalał, gang miałby śmiertelnego wroga. - Sam, nie daj się zabić. - So ka, chummer.

Uruchomił wszczepy. Filtry w uszach wyłączyły szum komory regeneracyjnej, wzmocniony odgłos osuwającego się stopniowo ciała szamana; wyłączył też wzór zapisanego w pamięci odgłosu strzelby śrutowej ARES-ARM. Skupił się na krokach i oddechach. Podczerwień pokazała dwa obwarzanki płonących opon, i stłumione przez dym zarysy zbliżających się bezdomnych. Zanurzył się w gęstym dymie. Gdyby miał oczy, pewnie by płakał. Ale oto wrogowie! Najbliższy był 3,34 metra od niego (dalmierz działał). Włączenie dopalacza, zrobienie dwóch kroki i płynny ruch wysuwających się szponów. Zaskoczona mina jakiegoś żałosnego obszarpańca, któremu jeszcze tydzień temu odpaliłby parę nujenów na żarcie i tanią wódę. Ale teraz jest teraz. Cios od dołu, wyprowadzony znad biodra prawą ręką. Niemal nie poczuł, gdy szpony zanurzyły się w ciele bezdomnego. Sam niemal mu współczuł. Ale adrenalina robiła swoje - samuraj zaczął taniec śmierci i wątpliwości jedynie majaczyły na skraju świadomości. Uwielbiał to uczucie, gdy był pasażerem we własnym ciele. To efekt lat treningu w walce. Uniki ciało wykonywało automatycznie, w wyniku zaprogramowania dopalaczy i doświadczenia wyniesionego z dziesiątek walk. Sam wiedział, że tutaj on jest najlepszy. Że to jego miejsce. Rzeczywistość wzywa - zarówno szpony lewej jak i prawej ręki tkwiły już w bebechach bezdomnego. Jego oczu już się zeszkliły, a głowa zaczęła opadać. Na podczerwieni zobaczył cztery sylwetki idące z naprzeciwka (odczyt dalmierza: 5, 12 metra). Sam podniósł ręce tak, że nadgarstki miał na wysokości twarzy. Spływała po nich krew. Wysunął ręce przed siebie, jednocześnie chowając szpony. Truchło stało się pociskiem. Upadło na jednego z atakujących, przewracając go. Odległość: 4, 41. Dwa długie susy i skok na tygryska. Szpony wysuwają się podczas lotu. Ręce rozsunięte, próbował dokonać jeszcze korekty ciosu. Nie myślał o lądowaniu. Wiedział, gdzie upadnie. Lewa ręka trafia w podbrzusze i zatrzymuje się na biodrze. Druga trafia w biodro i opada razem z resztą ciała Sama. Biedny kastrat... Sam czuje jak upada na zwłokach, które przed chwilą rzucił w napastników. Chowa szpony. Kiedy biodra opadają na trupa, natychmiast się obraca, stacza przez lewe ramię na ziemię. Sprawdzenie sytuacji: jeden po prawej, nad Samem koleś któremu właśnie wyciągnął bebechy. Obok Sama leży trup, pod nim niemrawy pechowiec, który stał się celem w dorocznych zawodach rzutu truchłem. Za nimi, jeszcze dwóch kolesi - ten bliżej to świeżo upieczony kastrat, dalej jeden zdrów.

Sam leży na plecach i wie, że zaraz czyjeś jelita spadną mu na twarz. Ręce do góry, usztywnić w łokciach, pierwszy cel - przycelowanie w twarz - drugi cel - facet nad nim (umrze, ale Sam nie chciał, żeby jego flaki oślepiły samuraja). Rozrzut - domyślnie ustawiony na maksymalny rozrzut na minimalnym obszarze. BAAM! Gdyby nie wszczepy Sam słyszałby teraz dzwoneczki i widział mroczki. Ale widział jak chmura śrutu z jego rąk rozrywa pachwinę, krocze i podbrzusze Łotra Jeden, śrut zdarł skórę i widać miednicę. Jeden zrobił krok do tyłu i powoli, zaczął opadać na plecy - jak drzewo w lesie. Łotr Dwa znany jako Bebechy Nad Moją Głową dostał strzała w klatkę piersiową i w twarz. Właśnie stracił sutki i nos i powoli opadał na plecy. Plan był ryzykowny, ale jak widać działał. Jak mówią na ulicy: jeśli to zrobiłeś i ci to wyszło, to nieważne, jak ci się udało. Pora zająć się lewą flanką. Ręka opada na Rzucone Truchło z którego przed momentem się stoczył. Spod lewego łokcia wysuwa się szpikulec. Przebija truchło i wbija się gdzieś w Łotra numer 3 - Przywalonego Truchłem. Ponieważ Sam jest dobrze zakotwiczony, przesuwa ciężar ciała na lewy łokieć i opiera się na nim - Truchło i Przywalony są teraz nieźle przybici, kastrat jest w zasięgu szponów, ale nie stanowi zagrożenia (czas płynie wolno - Kastrat dopiero wychodzi z szoku i zaraz zacznie wyć z bólu za straconym przyrodzeniem). Jedyny nie - ranny jest poza zasięgiem szponów. Pora obmyślić sytuację i opracować taktykę. I... Już. Sam cieszy się w duchu, że nie stracił wiele czasu i nie oddał inicjatywy przeciwnikowi. Sam kontynuuje przewrót przez lewy, zakotwiczony łokieć, zwalnia szpikulec (jego twarz zwrócona jest teraz w plecy Truchła). Prawa ręka rusza do akcji - wysuwają się szpony, ręka idzie wyżej, starając się wyprowadzić cios ponad głową Truchła. Czy przywalony dostał ciosem, który w zamierzeniu miał rozerwać gardło? Szpikulec zatapia się znów truchło i Sam podciąga się dalej , by zobaczyć, co się dzieje z Przywalonym. Dostał. Po twarzy. Nos przecięty w poziomie na pół, uszkodzona górna warga. Sam wyprowadza prawy prosty ze szponami w głowę przywalonego. Szpony trafiają prosto w nasadę nosa i przebijają się przez oczy wprost do mózgu - pora spadać, albo zaraz Sam zatańczy na scenie w rytm agonii przywalonego. Chowa lewy szpikulec, obie ręce wchodzą w twarz Przywalonego, Sam unosi się na szponach, podciąga nogi pod brzuch i okrakiem stoi już ponad dwoma trupami. W prawe ucho wpada jęk, GŁOŚNY, BOLESNY, jęk bólu. Pewnie kastrat. Nagle ciało Sama drży na skutek ciosu. Niemal upada na twarz (znowu na te trupy?), ale utrzymuje równowagę robiąc krok do przodu. Nie myśli. Całym ciałem poprzez prawe biodro. Lewą ręką wyprowadza poziomy, łukowaty cios mniej więcej tam, gdzie powinien być Kastrat. Sam jest wyższy i choć cios mierzył na wysokość swojej klatki piersiowej, to niechcący urywa kark i szyję kastrata. Zdekapitowane ciało dzięki sile uderzenia opada na ziemię przed siebie. Sam zrobił obrót. Kastrat nie jest jeszcze uziemiony. Wylądował na ostatnim Łotrze, który walnął sama w plecy jakimś drągiem. Łotr oddala się o krok, przerażony sytuacją. Sam dokańcza obrót i biegnie - szybko-szybko - cios byle jaki - prawa ręka opada jak cep, szpony uszkadzają czaszkę, zrywają twarz łotra. Lewa ręka - cios na wprost - trafia w mostek. Obrót lewego nadgarstka kończy sprawę (dziwnie coś zachrupało...). Impreza z okazji zwycięstwa zajęła mgnienie oka. Sam wiedział, że to jeszcze nie koniec. Pięciu z głowy, ale jest ich pewne z trzydziestu. Albo i więcej. Dym z opony, strzały - zaraz zejdą się tutaj jak muchy do gówna. Przed chwilą usłyszeli strzał - pora zmienić pozycję - mobilność przede wszystkim - jak Sam da się przygwoździć, to będzie koniec - i Herkules dupa, kiedy ludu kupa. Stanął plecami do meliny, szeroko rozstawił nogi, i rozejrzał się uważnie wokół -zwarta grupa, ponad dwadzieścia sylwetek właśnie wchodził w zasnutą dymem strefę. Dalmierz - 18, 8 metra. Wyciągnął ręce przed siebie, dłonie otwarte, palce rozczapierzone, niczym mag rzucający kulę ognia - i faktycznie - z jego rąk wyleciał ogień. BLAAM! Lufy dwóch strzelb umieszczone w nasadzie dłoni chlusnęły śrutem, który zanim trafił w grupę wrogów rozszerzył się w szeroką na pięć metrów chmurę. Dosłownie ich zniosło. Sam widział, jak wielu zarysy sylwetek kulą się w pozycji embrionalnej, bo ból musiał być straszny. Tysiące małych fragmencików doleciały resztką siły strzału. Ale bezdomni, często ubrani jedynie w papierowe ciuchy z pomocy humanitarnej nie mieli nic, co mogłoby ich uchronić. Sam strzelił jeszcze raz, powiększając jedynie jatkę. Nagle powietrze przed nim zaczęło wirować i jaśnieć. "To Kłak" - pomyślał Samuraj. - Sam, snajper na dachu. Mierzy w Hondę - OK., Kłak - Sam pomyślał, że jeśli z tego wyjdą, Kłak weźmie go na dywanik i przeprowadzi pogadankę z serii "Sam, bądź bardziej humanitarny. Zacznij myśleć o rodzinach ludzi, których zwłoki rozciągasz po ulicy". Tak, jasne. Sam jest sadystą, walczącym z dobrymi samarytanami. Ci biedni bliźni tylko od czasu do czasu robią sobie polowanie na czarownice, którego celem z braku czarownic (poprawka. Czarownice już są, ale nie w tej okolicy) zazwyczaj jest Sam. Dzięki Samowi, wiele lokalnych społeczności zacieśniało więzy pod hasłem "Zabijmy tego ulicznego śmiecia, który mieszka niedaleko i jest inny niż my". Dla odmiany ci frustraci, zamiast jak zwykle bić dzieci i żony chcą sobie poćwiczyć. Lincz, wojna z czarownicami, walka o pokój... Za tym całym syfem zawsze kryje się to samo. Powrót do rzeczywistości - wywalił jeszcze jeden raz w tłumek kłębiący się i wyjący w niebogłosy i przesunął się na skraj chmury dymu. Jego oczy, niczym robot, skanowały dachy naprzeciwko kryjówki grupy. Nagle - jest - błysk ognia odbił się w lunecie snajpera i Sam mógł się zabrać do roboty. Zza paska wyjął Berettę deckera - szkoda mu było amunicji do strzelb - ponieważ poza szamanem wszyscy w grupie mieli ISPO, po dotknięciu wierzchem dłoni rączki pistoletu, na siatkówce Sama ożyły odnośniki Inteligentnego Systemu Prowadzenia Ognia. Cyfry i opisy migotały, gdy procesor wewnątrz broni kalkulował trajektorie. Sam myślą ustawił odnośniki celu i powoli przymierzył... Czekał, aż dobrze ukryty snajper wyceluje w niego, ale tamten idiota najwyraźniej go nie widział... Sam dodał kolejny cel do kolejki ISPO i nacisnął spust. Spłonka wyzwoliła kulę z płaszcza dziewięciomilimetrowego pocisku. Sam wyobraził sobie jak snajper kuli się, gdy kula zagwizdała koło jego głowy. Błysk lunety zniknął. Sam przełączył wzrok na wzmocnienie obrazu. Noc ożyła i dach było widać jak w słoneczne południe. Głowa snajpera pojawiła się na krawędzi dachu. Sam widział, jak karabin zamienia się w kropkę. Kiedy to się stało, myślą ustawił drugi cel dla ISPO, przymierzył i nacisnął spust. Zwierzęcy słuch wyłapał dźwięk tłuczonego szkła... Sam odsłonił srebrne kły w uśmiechu - trudny strzał, ale trafił. Snajper szukał strzelca, używając lunety na karabinie. Kiedy skierował broń w kierunku Sama - Sam strzelił, przebijając soczewki lunety i trafiając snajpera w oko. Następnie kula spenetrowała w mózg. - Kłak, luknij, czy to już wszyscy. Jak tak, to daj znać i wracaj do siebie. Po minucie szaman był z powrotem - Na razie spokój. Dalej mogą być problemy. Ale po drodze znalazłem dobre miejsce, gdzie możemy odpocząć. - Sam odprężył się. Szaman widział, jak napięcie opuszcza ciało samuraja. Na postaci Kłaka zagościł uśmiech i Szaman Wilka zniknął. Sam spokojnym krokiem wrócił do ich kryjówki. Po drodze starał się nie potknąć o ciała bezdomnych. Był zły, bardzo zły, że musiał pozbawić tych ludzi ostatniej rzeczy, jaka im pozostała - życia. Miał nadzieję, że zanim opuszczą LA, dorwie tych, którzy namówili tych biedaków do Tego, by zaatakowali Grupę. Ale na razie Sam i runnerzy muszą wyrwać z tego piekła.

DRUGA BRAMA Edytuj

Sam wrócił do ich skromnego schronienia. Wybrali tę dzielnicę, bo policja tutaj nie zagląda. Jeśli tak, to w gliniarze przyjeżdżali w opancerzonych pojazdach robionych dla wojska. Kryjówka runnerów mieściła się na parterze w siedmiopiętrowej kamienicy. Drabiny przeciwpożarowe na zewnątrz, resztki neonu "....alma H.tel" były nielicznymi dowodami niegdysiejszej świetności tego miejsca. Kiedyś hotel, teraz ruina. Brak prądu - Grupa zainstalowała konwertery słoneczne.......................................... .... ..... ..... ....


Pojazd utknął w kleszczach korku.

Mijali płonące wraki samochodów. Kiedy trafili na przewróconego na bok Citymastera, zatrzymali się. Rigger zbadał pojazd. Ares Citymaster, prawie 10 tonowy potwór, policje na całym świecie używały do tłumienia zamieszek. Ares nadawał się do tego doskonale. Mieściło się w nim 10 policjantów, na ścianach były pałki ogłuszające i tarcze. Wieżyczka miała karabin maszynowy strzelający gumowymi kulami lub armatkę wodną.

Ostrze zagłębiło się w prawy bok Sama. Utknęło na tytanowej płytce wzmacniającej mięśnie brzucha.

Rigger bezgłośnie rozmawiał ze swoim znajomym. Mimowolnie kiwał górną połową ciała - Hond był pół-japończykiem i kłaniał się z szacunkiem nawet płacąc za pizzę.

Krajobraz dzielnicy był niemal księżycowy. Ulice były jak wąwozy których ściany stanowiły kwartały ruin budynków mieszkalnych.


- "Ponad dwudziestu bezdomnych. Plus czterech z gangu." - Kłak zdawał raport. Wskazał im, gdzie skryli się wrogowie i opisał, jak są ustawieni. Strzelanina rozgorzała na nowo. Grupa miała nowy zapas amunicji z magazynów gangu. I wyglądało na to, że runnerzy chcą się jej szybko pozbyć. Krótkie serie trafiały kolejnych przeciwników. Zza barykady zaczęły dobiegać jęki rannych.


Yakuzę nasłała MCT. Te japońskie korporacje mają świra na punkcie honoru i Mitsuhama nie zapomni runnerom, że porwali Rogesra.


PS. (podczas pisania tego artykułu użyto: notatnik z Win 95, 1+ papieros, W tle było słychać: Alliance Ethnic Renatę Przemyk i inni :) )


WYJAŚNIENIA: Amok - to nie kanon, ale mój pomysł. Zamieszki w Los Angeles cyklicznie, co kilka lat, wybuchają już teraz. A dzielnice, w których gangi podczas strzelanin zabijają niewinnych, przypadkowych ludzi w ich domach to nic dziwnego w Mieście Aniołów nawet dziś. Oktagon - taki kształt (to chyba oznacza ośmiokątną gwiazdę) ma wg kanonu siedziba UB w Seattle. Nie wiem, czy tak wygląda to wszędzie. Brązowe uniformy - o ile dobrze przetłumaczyłem (i o ile dobrze pamiętam) w dodatku Universal Brotherhood tak opisano ciuchy UBowców. (bijatyka z krisznowcami na lotnisku) Cyberrzeźnik - chyba lepiej i trafniej oddaje to, czym jest Street Doc. · Mam nadzieję, że dobrze pamiętam: Manhunter ma 8 naboi? · So ka chummer - znowu nie jestem pewien, czy dobrze użyłem slangu... - Jeśli opis walki, a szczególnie strzelania nie jest realny - sorry. Ale ja w życiu nie miałem broni w ręku (wariatów nie biorą do woja :P ). - Ares Citymaster - nie pamiętam, czy mieści się tam 10 osób L ...

Więcej w Fandom

Losowa wiki